Ponad pół setki strażaków gasiło przez cztery godziny pożar historycznego budynku starostwa przy ul. Poznańskiej w Pleszewie. W środę spłonęło poddasze i dach historycznego budynku dawnego starostwa w Pleszewie.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Ponad pół setki strażaków gasiło przez cztery godziny pożar historycznego budynku starostwa przy ul. Poznańskiej w Pleszewie.


W środę spłonęło poddasze i dach historycznego budynku dawnego starostwa w Pleszewie. Pożar wybuchł kilkanaście minut przed godziną 16. W czterogodzinnej akcji gaśniczej uczestniczyło 54 strażaków z 11 jednostek państwowej i ochotniczej straży pożarnej, z Pleszewa, Chocza Broni-szewic, Dobrzycy, Kowalewa, Czermina i Gołuchowa. - Straty wyniosły 100 tys. zł. Uratowaliśmy mienie wartości pół miliona złotych - powiedział nam po akcji Jacek Jarus, komendant powiatowy PSP w Pleszewie. - Akcja gaśnicza przebiegła sprawnie, mimo, że była utrudniona, ponieważ między sufitem a blaszanym dachem była podobitka z papy - dodał.

Ogień zaprószyli prawdopodobnie bezdomni, którzy od lat zamieszkują opuszczony budynek. W okresie międzywojennym urzędował tam pleszewski starosta. Po wojnie w budynku urządzono przychodnię, zamkniętą na początku lat 90. Reprezentacyjny gmach w centrum miasta sprzedał siedem lat temu obecny starosta Michał Karalus (wówczas wicestarosta, przewodniczący komisji przetargowej) za 135 tys. zł. Obecny właściciel z Ostrowca Świętokrzyskiego nie dba o obiekt i wystawił go na sprzedaż na niemieckim portalu za 550 tys. euro. Polecał ją jako ,,reprezentacyjną willę, w stylu secesyjnym, z elementami architektury francuskiej”.

Sprzedaż gmachu przez starostwo krytykowali opozycyjni radni, m.in. Krzysztof Szac, którego spotkaliśmy przy pożarze. Przypomniał on, że już kilka lat temu dopytywał się, co dalej będzie z zabytkowym gmachem i kiedy w końcu kupiec zacznie go restaurować. - Od dawna mówiłem, że w końcu ten obiekt spłonie - mówił Szac.
Już dwa lata temu doszło w dawnym starostwie do niegroźnego na szczęście pożaru, wywołanego przez koczujących tam bezdomnych. Władze miasta starają się zmobilizować właściciela do zajęcia się posesją, nakładając na niego mandaty karne, ale ich działania okazują się nieskuteczne.


W dzień po pożarze komendant straży miejskiej Włodzimierz Kraska spotkał się z właścicielem posesji. - Dostał on maksymalny mandat, czyli 200 zł - mówi Kraska. - Napisał zlecenie do PK na porządkowanie posesji. Ochrony obiektu nie ma, bo on uważa, że nie ma tam co chronić. Policja również nie ma za co go ścigać. Jedynie nadzór budowlany może. Poleciłem mu skontaktować się z panią Barbarą Kordalą - dodał.


Komendant Jarus zapewnia, że straż pożarna również nie ma możliwości dochodzenia roszczeń za akcję gaśniczą, której koszt oszacował na 3-4 tys. zł. - Możemy dochodzić odszkodowania tylko za tzw. fałszywe alarmy - mówi. - W takich sytuacjach policja ściga żartownisia, a my wystawiamy mu rachunek. W tym przypadku nic takiego nie było. To było normalne, standardowe działanie straży. Jeżeli ktoś tam wejdzie i coś podpali, to nie jest to wina właściciela. Sprawcę podpalenia może ścigać policja a ukarać sąd. Naszym ustawowym obowiązkiem jest działać. To nie są komercyjne działania. Wszędzie na świecie takie instytucje jak straż są finansowane z budżetu. Zabezpieczenie obiektu należy do nadzoru budowlanego - dodaje.


Okazuje się jednak, że powiatowy inspektor nadzoru budowlanego Barbara Kordala również jest bezradna. - Organ nadzoru budowlanego może nakazać wyłączenie obiektu z użytkowania. Nie ma natomiast prawnej możliwości nakazania właścicielowi ulepszenia budynku, np. poprzez przeprowadzenie kapitalnego remontu - twierdzi. Dodała, że właścicielowi obiektu grożą jedynie sankcje karne z tytułu niewłaściwego utrzymania lub użytkowania budynku oraz zagrożenia dla bezpieczeństwa użytkowników obiektu lub otoczenia. - Takie postępowania prowadziliśmy po raz pierwszy w 2003 roku. Kolejne na przełomie 2004/2005 oraz 2007/2008. Podjęłam działania kierując doniesienia do prokuratury. Sprawa trafiła do sądu - dodała.


Ale właściciel nie płaci kar, sięgających już kilku tysięcy złotych, więc Kordala skierowała sprawę do komornika. Podczas spotkania z właścicielem w dzień po pożarze, poinformowała go, że jeśli sam nie uporządkuje terenu ,,w sposób trwały”, czyli np. zamurowując boczne wejścia i ogradzając teren, to nadzór dokona tego na jego koszt.
Według Kordali jedyną szansą wymuszenia na właścicielu remontu, byłoby wpisanie obiektu do rejestru zabytków (na razie jest tylko w ewidencji zabytków). W 2005 roku wojewódzki inspektor nadzoru budowlanego zwrócił się z takim wnioskiem do wojewódzkiego konserwatora zabytków.

- Jednak konserwator odmawia, wykazując, że obiekt nie jest uwzględniony w planie przestrzennym zagospodarowania miasta, bo takiego planu dla tego rejonu nie ma - mówi Kordala. - Poinformowałam o tym władze miasta, ale na razie nie ma reakcji - dodała.

Wiadomości Poznań, Wydarzenia Poznań

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!