WYWIAD - Krzysztof Deszczyński: Uosobieniem władzy był wielki, wyniosły Laskowik

Z Krzysztofem Deszczyńskim, twórcą festiwalu "Zostań Gwiazdą Kabaretu" rozmawia Marcin Kostaszuk.
Krzysztof Deszczyński: Uosobieniem władzy był wielki,  wyniosły  Laskowik, a narodem - mały Smoleń
 Romuald Królak

Od czego zacząć opowieść o historii poznańskiego kabaretu?

No myślę, że nie ode mnie, bo aż taki stary nie jestem (śmiech). Przyjechałem do Poznania w 1968 roku. W tym okresie do Poznania trafili m.in Krystyna Tkacz, Marzena Trybała, Grzegorz Warchoł i Janusz Rewiński. Gdy Poznań sprowadzał artystów do siebie, nie dawał im od razu mieszkań, tylko kwaterował ich w hotelu Zacisze (dzisiejszy Hotel Royal przy Św. Marcinie - przyp. kosta). Tam największy kabaret był rano, bo inspicjenci dzwonili do recepcji, czemu jeszcze nie ma aktorów, bo za pięć minut próba. A że nie było telefonów w pokojach, to recepcjoniści się darli: "Deszczyński, wstawać, próba". Mieszkał tam też Piotr Sowiński, dyrektor artystyczny Estrady Poznańskiej, dzięki czemu zaczęliśmy się koło kabaretu kręcić i trafiliśmy na Masztalarską, gdzie Zenon Laskowik i Krzysztof Jaślar grali już "Czymu ni ma dżymu" z Żużem Zembrzuskim.

Janusz Rewiński właśnie wraca do telewizji publicznej z nowym programem "Siara w kuluarach", Laskowik zaś kontynuuje z Waldemarem Malickim "Filharmonię dowcipu" w "Dwójce". O tym, kim był Żużu Zembrzuski mało kto dziś pamięta.

Niezwykle barwna postać, aktor Teatru Polskiego. Bez pomocy Pudelka potrafił zrobić wokół siebie wielki rozgłos. Informował na przykład społeczeństwo, że jedzie na wakacje, zajeżdżał bryczką na dworzec z pompą, ale przed odjazdem czmychał z pociągu do domu i dwa tygodnie opalał się na balkonie. A potem wychodził opalony z pociągu (do którego wkradał się uprzednio tylnymi drzwiami) na pytanie gdzie był, odpowiadał na przykład: "W Mediolanie".

Dlaczego dyplomowani aktorzy rzadko robili kariery w kabarecie? W Poznaniu kuźnią tego rodzaju sztuki była raczej Akademia Wychowania Fizycznego...

Faktycznie, nie tylko Laskowik, ale też Krzysztof Jaślar, Aleksander Gołębiowski, Jacek Baszkiewicz, a poza Poznaniem także Marcin Daniec czy Paweł Dłużewski. Aktorów, którzy potrafią odnaleźć się na estradzie jest niewielu. Pierwszy problem to mówienie własnym tekstem. Aktor mówi tekstem Mickiewicza i Szekspira i nie jest naładowany energią intelektualną, która wyzwala wyobraźnię, by mówić swoimi słowami, bez gotowego tekstu. Poza tym wszelkie kanony sztuki aktorskiej przeczą kabaretowemu zachowaniu na scenie. Laskowik Smoleń to genialni naturszczycy, którzy umieli wykorzystać umiejętność nawiązania kontaktu z widzem. Tego się nie można nauczyć, to się po prostu ma. Przez kontakt z aktorami nauczyli się zasad bycia na scenie - i koniec, wystarczyło.

Ale była wśród nich tęsknota za teatrem.

Bo to była nobilitacja. Dyplom uczelni artystycznej miał olbrzymie znaczenie, bo wszyscy estradowcy musieli zdawać egzamin przez prof. Bardinim. A aktorzy nie musieli, bo mieli po studiach automatycznie stawkę S i pewne 1000 złotych za występ. Inni zaś musieli o nią strasznie walczyć. Tłumy chodziły na Teya, ale oni nie mogli dostać takiej stawki, bo jeszcze nie mieli egzaminu. Dzisiaj weryfikacją jest bilet, który widz kupuje albo nie.

Jedna rzecz jest dla mnie ciągle tajemnicą. Skecze i piosenki Tey'a oraz innych kabaretów recenzowały PRL wyjątkowo ostro. A jednak telewizja je pokazywała, a ich wykonawcy grali je w całej Polsce. Dlaczego im na to pozwalano?

Kabaret Tey stawiał sobie zadanie, żeby zawalczyć, podcinać korzenie wspólnemu wrogowi tak, aby on upadł. Wszyscy tak wtedy myśleli. Punkt widzenia władzy poznałem dzięki rozmowie z dyrektorem Wydziału Kultury Maciejem Frajtakiem, który nadzorował działalność kabaretów w Wielkopolsce. Tey'a traktowano jako wentyl bezpieczeństwa. Żeby ludzie się wybawili, wyśmiali z systemu i broń Boże szli na ulicę.

Tę samą tezę powtarza się, gdy jest mowa o rockowym festiwalu w Jarocinie.

Bo mądra władza coś daje, jakąś imprezę, żeby się lepiej ludzie poczuli. I czuliśmy się lepiej, gdy na scenie było uosobienie władzy, ten umowny Rusek, którego grał Laskowik - wielki, wysoki facet. A narodem był mały Smoleń, który się temu Ruskowi odszczekiwał i utożsamiany był i z profesorem i z tramwajarzem. Tak był postrzegany i prowadzony przez Laskowika. Ale to się skończyło. Nie ma już jednego wroga, mamy teraz małych wrogów, takich, jakich sobie wymyślamy i stąd gorące newsy z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie, czy z dyrekcji Teatru Ósmego Dnia. Wymyślamy ich sobie, żeby mieć kogo boksować, ale to nie są sprawy rangi narodowej. A wtedy ludzie mieli wiarę, że coś naprawdę chcą zmienić. Teatr? Tak samo - wielka misja! słynne "Dziady" Dejmka w Warszawie. A dziś proszę zobaczyć: młode kabarety w ogóle nie interesują się polityką. Od 10 lat jej nie ma w ich programach, bo uważają, że jest to zbędne. Już tylko Pietrzak jest polityczny, bo inny być nie umie i uważa, że zawsze był niszczony.

Laskowik, Rewiński, Smoleń... Wiemy o nich wiele. A o kim po latach niesłusznie zapomnieliśmy?

Był taki facet - Jacek Baszkiewicz, który zaczynał w kabarecie Kluczydło w II liceum na Matejki. Nie umiał śpiewać, ale miał ogromne poczucie rytmu. Talent kabaretowy niesamowity. Z Kluczydła powstał kabaret Pod Spodem, gdzie główną postacią był właśnie Jacek. W połowie lat 80. Krzysztof Jaślar zaproponował im współpracę przy spektaklu kabaretowym Smolenia, pierwszym po odejściu z Teya. Wtedy powstał słynny monolog "Eee tam cicho być", którym Smoleń zdobył nieprawdopodobną popularność. Za "40 lat, za które go nikt k... nie przeprosił" Smoleń dostał w Opolu w 1984 roku Nagrodę Publiczności i Dziennikarzy, a od jury kolegium za złamanie przyrzeczenia, że tego nie powie, co powiedział. 5000 złotych czyli sporo jak na tamte czasy.

Opłacało się.

Tak, bo na tym monologu pojechał wtedy pięknie i żył długo i szczęśliwie. A wracając do Jacka - dla niego i reszty młodych ludzi, kontakt z tego typu popularnością był innym światem. Mieszkali w najlepszych hotelach. Proste środki typu alkohol, dodawały fantazji i przekonania, że jest się fantastycznym. Wyjeżdżało się do Krakowa w piątek i wracało w poniedziałek za tydzień. 9 dni, każdego dnia trzy sztuki. Takie było zapotrzebowanie. Bez alkoholu się nie dało 27 razy wyjść na scenę bez przerwy. Nie było biletów w kasie - wszystko wykupywały zakłady, związki zawodowe, cała inżynieria. To dlatego Laskowik marzył, żeby kiedyś bilety na jego spektakle były nie u kadrowej, a w kasie. No i tak się grało. Alkohol i pseudopopularność sprawiały, że ludzie nie wytrzymywali ciśnienia. Jacek nie trafił na taki grunt, który pozwoliłby mu pójść dalej, rozwinąć się. To był ostatni wielki talent kabaretowy z Poznania. Teraz z młodych wyróżnia się kabaret Czesuaf, ale oni nie mają takiej iskry bożej jak Jacek.

Laskowik pisał sam swoje teksty. Ale innym żarty wymyślali tekściarze. Kto się tu wyróżniał?

W Tey'u na równych prawach robili to Laskowik i Krzysztof Jaślar. Ten ostatni sam zrezygnował ze sceny, był bardziej zainteresowany reżyserią, do dziś jest człowiekiem zorganizowanym, pełnym pomysłów. Za jego sprawą sam się kiedyś za to wziąłem, bo Jaślar wpadł na pomysł, że zakaz występów dla Smolenia nie obejmuje spektakli dla dzieci. Napisałem "6 dni z życia kolonisty" i graliśmy przez rok ten spektakl o godzinie 8 rano, a na sali w większości byli dorośli ludzie. Wszyscy myśleli, że to niemożliwie, żeby Smoleń grał dla dzieci. W kabarecie Pod Spodem, a po 90. roku także Smoleniowi teksty pisał Andrzej Czerski. Po każdym koncercie każdy dziennikarz pytał: "Panie Smoleń, kto panu pisze teksty?". A pan Smoleń odpowiadał: "Życie". Obok siedział Czerski i modlił się, że może kiedyś Smoleń wymówi jego nazwisko. Jacek Baszkiewicz też nie tworzył - umiał za to wymyślić, tak jak Boguś, fantastyczną puentę do zadanego tematu.

Przy Smoleniu czy Laskowiku nikt się z tych "bez nazwiska" nie wybił. Dlaczego?
Bo to są ogromne indywidualności. Jednak wydaje się, że przy tego typu ludziach można się wiele nauczyć i szybko zacząć robić coś swojego obok.

Od ośmiu lat prowadzi Pan festiwal "Zostań Gwiazdą Kabaretu". W poszukiwaniu nowego Smolenia czy Laskowika?

To nie jest moje zadanie, żeby szukać. Chodzi mi o to, żeby dać szansę ludziom pokazać się na fajnej scenie, przed pełną widownią. Tak jak dla piłkarza ważne jest żeby nie siedzieć na ławce tylko grać, tak kabareciarz musi mieć miejsce, żeby się gdzieś wypowiadać. Robimy to inaczej niż inne festiwale. Mamy w sezonie sześć eliminacji i publiczność decyduje, kto przechodzi do finału. W tym sezonie ci, którzy wygrali PAKĘ i tydzień temu Lidzbark, przegrali z tymi, którzy w sobotę 28 sierpnia zmierzą się przed szacownym jury.

Zapraszam do Sceny na Piętrze w piątek i sobotę oraz w nowym sezonie 2010/2011.

  • Głos Wielkopolski
Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3